czwartek, 1 stycznia 2015

Cienka granica między miłością a nienawiścią, aż po... obojętność, czyli najgorsze z uczuć.

Opowiem Wam o tym, czego oczekiwałam od drugiego i trzeciego tomu trylogii Ostatnia spowiedź Niny Reichter, a co dostałam. 

"I teraz, gdy spowiadam się przed Wami już po raz ostatni..."

1. Chciałam zobaczyć niewiarygodną miłość, nie do drugiego człowieka, ale do... muzyki. Taaak, chciałam poczuć jak to jest stać na scenie i czerpać energię od tysięcy ludzi zgromadzonych przede mną. Chciałam poczuć tę siłę, magię, nieskończoność głosu, wydobywającego się z gardła. Chciałam piosenek napisanych w chwilach kiedy Bradinowi pękało serce i kiedy tryskał szczęściem. Pragnęłam, żeby autorka pokazała mi, że dla chłopaka zaczynającego śpiewać jako dziecko zostało to wszystko, została pasja, zostało poczucie władzy na koncercie, kiedy prawdziwie uśmiechał się wraz z każdym kolejnym brzmieniem strun gitary należącej do Toma.
Tymczasem dostałam zmarnowanego człowieka, dla którego wyjście na scenę czy choćby udzielenie krótkiego wywiadu było wystudiowanymi ruchami, a każde jego słowo kłamstwem. Dostałam obraz chłopaka, dla którego muzyka nie znaczyła nic, śpiewał pod przymusem. Przepraszam za to co napiszę, ale czytając wydawało mi się, że wychodził na scenę, szczerzył zęby w uśmiechu, a tak naprawdę myślał: "pieprzcie się, ludzie". Nie rozumiem tego, a poza tym w to nie wierzę. Niemożliwe, że Bradin pisząc rzekomo teksty piosenek sam i śpiewając je - nic, tak kompletnie, nie czuł.

2. Oczekiwałam, byłam wręcz przekonana, że miłość Bradina i Ally to będzie ta tak zwana "na wieki". Pierwszy raz naprawdę zależało mi, żeby książka skończyła się szczęśliwie, żeby nic im nie stanęło na przeszkodzie. Myślałam, że to będzie takie pokazanie, że miłość potrafi zwyciężyć wszystkie przeciwności losu, jakkolwiek patetycznie to brzmi, i że nic jej nie powstrzyma. Zaprezentowano mi dwójkę ludzi niby dorosłych, a w rzeczywistości rozchwianych emocjonalnie, przesadnie wrażliwych, wydelikaconych, którzy nie potrafili nawet normalnie porozmawiać. Do tego swoje pięć groszy dołożyła Violet, a zaraz po niej Tom. Powiem to, co mój tata powtarza, a z czym mogę ja również się zgodzić. Dwoje ludzi może się kłócić, wyklinać, odchodzić od siebie i tak dalej, bo jeśli się naprawdę kochają - pogodzą się. Najgorzej, gdy pojawia się ktoś trzeci... Tak więc, nie miałeś prawa, Tom. Nie miałaś prawa, Violet. Bo nie ma znaczenia co czuliście, serio, nie ma, to się nie liczy, poza tym jestem pewna, że nawet największa nieodwzajemniona miłość z czasem po prostu... blaknie. Rozchodzi się po kościach, przemija, więc nie daję wiary ani w uczucia Violet, ani Toma.

3. Warsztat Niny Reichter rzeczywiście jest piękny, był tym, co od razu pokochałam. Za magię uczuć, emocji i wrażeń. Kwintesencję zawartą w jednym oddechu, spojrzeniu, dotyku... w jednym słowie. I tak, w drugim i trzecim tomie autorka nadal trzyma poziom, czaruje czytelnika, ale to już jednak nie to samo, bo zostało przytłoczone przez nadmiar przekombinowanych sytuacji, co zamiast przyciągnąć mnie do lektury - zniechęciło i sprawiło, że przez dobre dwa dni się z tą historią nie odzywałam. Wkurzające były też fragmenty, kiedy bohaterzy cytowali samych siebie albo kiedy autorka kilkakrotnie wplatała w akcję kilka zdań z poprzednich rozdziałów. Po co? Osobiście uważam, że to bez sensu i bardzo źle wpłynęło to na odbiór przeze mnie tej historii. Cytaty, którymi kiedyś byłam zachwycona - teraz mi zbrzydły, stały się spowszedniałe, jakby wyprute z tamtego nieistniejącego czaru.

4. Kocham dawnego Brada, tego umalowanego, nienaturalnie chudego, z jego czerwonymi pasemkami i wysokimi kośćmi policzkowymi. Kocham jego charakter, jeszcze nigdy żaden bohater literacki nie oczarował mnie tak bardzo i w tak krótkim czasie, jeszcze żaden nie sprawił że serce jakoś zaczynało bić o wiele szybciej. Możliwe, że przyczyną tego jest fakt, że pani Reichter wzorowała się na postaci Billa Kaulitza, będącego wokalistą zespołu Tokio Hotel (tutaj mogłabym rozwodzić się nad tym, jaki to cudowny głos ma Bill, jak bardzo ich piosenki trafiają mi do serca), ogólnie rzecz biorąc Ostatnia spowiedź narodziła się jako fanfiction blogowe, potem dopiero pisarka pozmieniała personalia. 
Zazdroszczę Ally, według mnie - nie doceniła Bradina, i współczuję mu, że się w niej zakochał. Pisarka zrobiła z niego... taki wrak człowieka, nieradzący sobie z sobą samym i... staram się to zrozumieć, ale on przecież nie zasłużył na taki los. Chciałam żeby był szczęśliwy, jedyna postać książkowa, której los mnie przejął - tak z głębi serca. Natomiast Al - miałam dość jej płaczu, niezdecydowania, zaprzeczania samej sobie. Miałam dość Toma, który na jej widok cieszył się jak głupi do sera.

Bradin Rothfeld; grafika przedstawia wyobrażenie autorki dotyczące postaci; pochodzi z Facebooka.
5. Zakończenie było... mi obojętne. Wiedziałam jaki będzie koniec historii Bradina i Ally, bo jestem jedną z tych osób, które nie zasną dopóki się nie dowiedzą, a mimo to nadal nie mogę się pogodzić. Może dlatego, że według mnie autorka zastosowała najprostsze rozwiązanie, żeby wzbudzić w czytelniku smutek, żal, złość...


Kochałam Ostatnią Spowiedź, uwielbiałam każde najkrótsze zdanie z pierwszej części, a teraz? Wszystko to, co czułam względem tej opowieści odeszło, wypaliło się, skończyło... 
Gdyby nie koniec - wybaczyłabym wiele, ale jestem tylko człowiekiem, a jak wiadomo - te istoty z krwi i z kości potrafią przywiązywać zbyt dużą uwagę do takich rzeczy jak szczęśliwe książki. Pozostała jedynie sucha obojętność, nic więcej.    

11 komentarzy:

  1. dobry tekst, naprawdę dobry, ale nie mogę uwierzyć, jak strasznie przeżywasz tę historię. jak dla mnie, sama wiesz, nic specjalnego. na pewno nie sięgnę po trzeci tom, ooo nie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej, miałam kupić sobie te książki i spodziewałam się naprawdę czegoś dobrego, jednak jeśli to się ogranicza tylko do pierwszej części... ;_; Nie potrafię zacząć czegoś i nie skończyć, taki już mój los :/ Zastanowię się jeszcze nad nią, bo chciałabym dać jej szansę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniały post. Uwielbiam Cię czytać, bo tak świetnie potrafisz wyrazić swoją opinię ;) Nie słyszałam o tych książkach, ale jak się na jakąś natknę, to przeczytam tylko pierwszą część, bo widzę, że na pozostałe nie ma co czasu marnować ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam nadzieję, że wybaczysz mi, ale nie czytałam uważnie recenzji, żeby przypadkiem za dużo sobie nie zdradzić. Mam zamiar przeczytać pierwszy tom, o tak, choćbym miała się potem nad tą książką wyżywać :P
    Wiem, jak to jest rozczarować się kolejnymi częściami trylogii. Tak było w moim przypadku z "Delirium", podobało mi się, miłe czytadło, w naprawdę ciekawym klimacie, dobry pomysł, a kolejne tomy? Dno. Jak dla mnie, oczywiście. Wymęczyłam tę trylogię do końca...
    A okładki rzeczywiście ładne :P

    zaczarrowana.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. O książce słyszałam i może kiedyś – w wolnej chwili – przeczytam.
    Życzę dużo szczęścia w nowym roku.
    Zapraszam do mnie
    www.nalogowy-ksiazkoholik.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. "Ostatnia spowiedź narodziła się jako fanfiction blogowe, potem dopiero pisarka pozmieniała personalia" - Pamiętam, że jak sama kiedyś czytałam (i czasem nawet pisywałam) ff na dość znanym forum, niektórym marzyła się taka publikacja. I teraz z radością oglądam wpisy na blogach - widzę, że są osoby, którym udało się spełnić to marzenie. :)
    Powyższej historii nie znam, nawet zespołu, na którym, jak piszesz, się wzorowano, nie znam, ale miło się czytało twój wpis. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Intrygujący wpis. Książka stoi u mnie na półce, czeka już chyba z rok(piszę o I części). Nie spodziewałam się, że może wywrzeć takie emocje. Teraz jednak zastanawiam się, czy opłaca sie czytać pierwszą część, nawet tak wspaniałą, by potem się rozczarować, zniszczyć wyobrażenie cudownego chłopaka...

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetny tekst. ; )
    Książki raczej nie przeczytam, jakoś nigdy mnie do niej nie ciągnęło, nie przepadam za książkami o miłości. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Łooo. A ja jestem... zdziwiona widząc twoją opinię. Bo serio - jak do tej pory wszyscy, którzy czytali finał i drugi tom zachwycali się nimi i w sumie... ja żałowałam, że pierwszy tom mnie nie zachwycił tak bardzo jakbym chciała, bo kompletnie nie czułam potrzeby kontynuowania trylogii. A teraz ty mi piszesz o wielokątach miłosnych, o zakończeniu, które. Hm. Po twoim tekście po prostu samo wpadło mi do głowy - zwłaszcza gdy pisałaś o wraku Bradina i o najprostszym rozwiązaniu fabularnym i w sumie...
    Naprawdę nie chce mi się już nawet myśleć o Ostatniej Spowiedzi. Myślę, że za stara się zrobiłam na takie książki. Raczej nie ma mowy, bym po nie sięgnęła. No chyba, że jakiś cud się stanie.
    Pozdrawiam,
    Sherry

    OdpowiedzUsuń
  10. Też tak kiedyś miałam, że przeżywałam każde słowo w książce, chyba jakoś po pierwszym tysiącu książek to się u mnie skończyło. Dużo mi pomógł w tym Nabokov, który w swoich esejach uczy, jak czytać, analizując, a nie popełniając samobójstwo razem z Werterem :-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ej! Zasmuciłaś mnie teraz! Czyli wychodzi na to, że Ally będzie z Tomem? Nie wiem.. ajaja, teraz aż się boję przeczytać ostatnią część. :(

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku!
Skoro tu dotarłeś, to znaczy (mam nadzieję), że przeczytałeś post powyżej i wiesz co komentujesz. Będzie mi bardzo miło jeśli co do treści komentarza trochę się wysilisz, bo na każdy z nich odpowiadam. Wszelkiego rodzaju dyskusje są bardzo mile widziane. :)
Twojego bloga także odwiedzę i jeśli przypadnie mi do gustu – pozostawię po sobie ślad.
Jeśli masz do mnie jakieś pytanie, to śmiało pytaj.
Kontakt: kinga.godowska@vp.pl
Dziękuję za wszystkie komentarze!