czwartek, 11 lutego 2016

“Who we are, and who we need to be to survive are very different things."

Właśnie popełniłam jednen z największych niepisanych grzechów głównych każdego książkoholika. Otóż, zamiast jako grzeczna dziewczynka przeczytać Misję 100 Kass Morgan, włączyłam pierwszy odcinek The 100. Co więcej, wcale nie zamierzam tego naprawić, bo po obejrzeniu całego pierwszego sezonu i zapoznaniu się z kilkoma recenzjami papierowej wersji, stwierdziłam, że nie warto, skoro pierwowzór skupia się na miłosnych zawirowaniach, których de facto na ekranie nie zobaczymy. Przynajmniej nie w takiej formie jak moglibyśmy się spodziewać. Uogólniając, naczytałam się spoilerów, ale z Wami nie zamierzam się nimi dzielić. Po prostu wiedzcie, że o The 100 napiszę, jako kinowoman, bez pokazywanie palcem, gdzie akcja odbiega od wydarzeń w książce i gdzie któryś z bohaterów został zastąpiony zupełnie innym. Także, no, do dzieła...


The new age

1. Dlaczego w ogóle zdecydowałam się na The 100 z co najmniej setki innych produkcji, które mogłabym obejrzeć? Przygniotło mnie czekanie na kolejne 40 minut z Teen wolf, a że opis fabuły Setki wydał się najciekawszy, postanowiłam włączyć...

I'm waking up to ash and dust
I wipe my brow and I sweat my rust
I'm breathing in the chemicals

2. A propos fabuły. Dostajemy setkę nieletnich przestępców wysłanych na Ziemię, właściwie na śmierć. Nikt nie spodziewa się, że da się tam żyć po wojnie nuklearnej 97 lat temu. Wiele osób zarzuca fabule nielogiczność, absurdy i ogólną głupotę. Bo Ziemia nie mogła odrodzić się po tak krótkim czasie. (Przecież to fikcja! A nie rozważania geologiczne.) Bo aktorzy nie mają bród, bo nie wyglądają jakby żyli w dziczy, bo są uczesani! (Okej, okej, ale pomyślmy z innej strony - aktorzy to też ludzie, no nie jestem taka pewna, czy byliby zachwyceni zapuszczaniem bród. Zwłaszcza, że charakterystyka, moim zdaniem, wcale nie jest zła. Może nie w pierwszych odcinkach, ale potem... Serio, wyglądają jak półtorej nieszczęścia. A przecież o to chodzi, nie?)

I'm breaking in, 
shaping up,
 then checking out on the prison bus

3. Przyznam, że The 100 zaczyna poruszać coś w oglądającym dopiero... w siódmym odcinku. Yep, wcześniej cały czas ma się wrażenie, że czegoś brakuje, coś nie gra, idzie nie tą drogą, co trzeba. A potem... bach! Really, nagle wszystko wjeżdża na właściwy tor, w widzu budzą się emocje, czasami nawet zachwyt! I serial staje się wciągający jak cholera, dowodem może być fakt, że odcinki od 7 do 13 obejrzałam jednego dnia. Ekhem, tak, ferie.


4. Eliza Taylor, wcielająca się w główną bohaterkę Clarke jest już od samego początku tak irytująca, że za każdym razem, kiedy pojawiała się na ekranie, miałam wrażenie jakby otwierał mi się w kieszeni niewidzialny nóż. I do tego jej gra aktorska wydaje się taka sztuczna, a jednocześnie niewymuszona. Nie wiem doprawdy jakim cudem odbieram ją w ten sposób. Po prostu wydaje mi się, jakby wychodziła przed kamerę na całkowitym luzie, myśląc że bez większych starań dobrze wyjdzie jej oddanie charakteru panny Griffin, ale niestety w ogóle jej to nie wchodzi. Dopiero po jakimś czasie, właściwie większej połowie pierwszej serii, staje się bardziej znośna i troszkę bardziej przekonująca. 

5. Za to Finn'a wolałabym przemilczeć, ale powiem tylko dwa słowa - ciepłe kluchy. Żadnej iskry w tym chłopaku. Nic takiego, co zwróciłoby uwagę. Jest bo jest, ale chyba tylko po to, żeby komplikować wszystkim życie i - no cóż - najwidoczniej łamać serca. Także spokojnie, kochani, tutaj to nie nasza Princess ma dylematy miłosne, jak można byłoby się spodziewać, ale Finn własnie! Och, Boże, do czego to dochodzi.

It's a revolution


6. Natomiast jeśli chodzi o Bellamy'ego jedyne co można robić to - zachwycać się! Wow, dawno nie spotkałam się z tak doskonale i precyzyjnie nakreśloną postacią, ewoluującą z każdym najmniejszym epizodem, a Bob Morley jako Bell sprawdza się znakomicie. Gra nie tylko mimiką - gra spojrzeniem, gestami, każdym najmniejszym ruchem pokazuje, że do tej roli to on jest idealny. I zdumiewa, tak, oglądanie go to czysta przyjemność (przypominam, że rozmawiamy tylko i wyłącznie o umiejętnościach aktorskich, a nie np. o wyglądzie osobistym, bo ten niestety w żadnym stopniu mnie nie zachwyca). Bardzo jestem ciekawa jak postać Bellamy'ego rozwinie się w kolejnych sezonach, no i jak będzie wyglądała jego relacja z Clarke (ship it!). Poznajemy go jako zadufanego w sobie dupka, który wysuwając się przed szereg, jako przywódca - zmienia się. Zaczyna myśleć w zupełnie inny sposób, wybierając najlepsze możliwe rozwiązania nie tylko po to, by ochronić siostrę, ale też zapewnić Setce przetrwanie. And, Bellamy, you're not a coward, you're not a murderer. You're a leader.

I'm radioactive


7. Wspominając o siostrze Blake'a trzeba koniecznie dodać, że Octavia również, pomijając kilka pierwszych epizodów, staje się bohaterką w jakiś sposób wyróżniającą wśród tych innych dystopijnych, niezależnych i starających się w żadnym wypadku nie postępować wedle jakichkolwiek reguł. Octavia jest inna, bo również prezentuje widzom swoją przemianę. Z nastolatki kierującej się egoistycznymi pobudkami, pragnącej jedynie zaspokoić swoje własne potrzeby i obserwującej butterflies staje się w końcu kobietą, z wolą walki o dobro całej Setki, odsuwając zakazaną Miłość na bok. 

We're painted red to fit right in


8. Niesamowicie polubiłam też Jasper'a, którego samo pojawienie się wywołuje wielki uśmiech na twarzy. Inaczej sprawa ma się z Raven, którą kreują na twardą, ale potrzebującą desperacko miłości i czułości kobietę. Tutaj można czuć współczucie. I podziw. Albo szacunek. Najlepiej wszystkie trzy. Richard Harmon także zasługuję na uwagę, jego Murphy wodzi widza za nos, jest absolutnie nieprzewidywalny i przepełniony tak gwałtownymi destrukcyjnymi emocjami, że sieje dookoła siebie jedynie zło i zamęt. A Lincoln? Jeden z ciekawszych charakterów, liczę na więcej scen z jego udziałem, bo po tak niewielu wypowiedzianych słowach ciężko czytać w nim jak w otwartej księdze.

The sun hasn't died


9. Twórcy dają nam dostęp także do pozostałych w przestrzeni kosmicznej ludzi, bo oczywiście dorośli muszą być, wszyscy na Arce.  Widzimy powoli pogłębiający się chaos, kolejne spiski, kłótnie, zamachy, ludzką panikę, egoizm i wciąż walkę o władzę nawet w obliczu zagrożenia. Nawet mimo to, że w następnej sekundzie rasa ludzka może zginąć ostatecznie. Tak samo sytuacja ma się na Ziemi. Obydwa światy zbiegają się w jednym punkcie, znajdując wzajemne wsparcie - osiągając pewnego rodzaju jedność. 

Enough to make my system blow


10. Akcja dzieje się więc w Arce i w lesie. To drugie znacznie bardziej mi odpowiada, bo uwielbiam scenografie tego rodzaju, gdzie bohaterowi muszą radzić sobie każdego dnia, żeby przetrwać. Polowania, intrygi, gromadzenie zapasów, sojusze, walka, choroby, śmierć, zdrady, rodzące się przyjaźnie. 


I'm waking up, I feel it in my bones

11. Pewnie większość osób uzna, że to marny gniot przeznaczony dla nastolatek, do tego z efektami specjalnymi, które mogłyby być lepsze, charakterystyka bardziej przekonująca, a dialogi na wyższym poziomie, jednak... Myślę, że w przyszłości ulegnie to zmianie i The 100 ma szansę przynajmniej w moich oczach osiągnąć perfekcję. Pierwszy sezon był na tyle dobry, że zapragnęłam obejrzeć kolejne i trzymam kciuki, aby na obecnie emitowanym trzecim się nie skończyło. Ja na pewno chcę więcej! Finał był wstrząsający, szczęka dosłownie mi opadła. No i najważniejsze pytanie: Who's dead?

Welcome to the new age

środa, 10 lutego 2016

"Heather zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Poczuła zapach Paniki. Zapach lata."

Panika.

Gra tocząca się przez całe lato
Udział w niej mogą brać tylko uczniowie ostatniej klasy. Nieważne, czy twój osobisty świat właśnie się rozpadł, bo liczy się tylko ona. Dostałeś dyplom na zakończenie roku szkolnego? Możesz pokazać na co cię stać. Wziąć udział w grze. 
Wystarczy, że zaliczysz Skok.
Wszystko utrzymywane jest w ścisłej tajemnicy. Nikt nie wie, kim są sędziowie. Jakie konkurencje przygotowali. Czy w następnej z nich komuś nie stanie się krzywda. 
Zawodnicy bywają kapryśni.
To nie jest zwykła gra. 

"[Heather] miała wrażenie, że jednocześnie toczyły się jakieś inne gry, którymi rządziły tajne reguły i sojusze, a ona była w nich tylko pionkiem."


Jeśli spodziewasz się kolejnej marnej kopii Igrzysk śmierci, mogę z ręką na sercu zapewnić - nie ten adres. Lauren Oliver pisząc Panikę przełamała schematy i zamiast obsadzić tę historię w nieokreślonej przyszłości, zdecydowała się na teraźniejszość. Żadnych udziwnień, zjawisk paranormalnych czy nadmiernie rozwiniętej technologii informacyjnej. Dostajemy opowieść o bohaterach, których życie mogłoby toczyć się dosłownie obok nas samych.

W tytułową grę zdają się wliczać nie tylko konkurencje, ale też zwykła, wydawałoby się, szara codzienność. Na wszystko nie mają wpływu jedynie siła, szybkość i zręczność, jak się spodziewałam przed rozpoczęciem lektury, ale wypadki z przeszłości, zranione uczucia, wszelkiego rodzaju sojusze i niepohamowana wola walki, nie tyle o nagrodę, co o świadomość samej wygranej. I zemsta, nadzieja, gniew i niepewność przewijają się tutaj, dopełniane przez chęć znalezienia miłości.


Przebieg gry możemy obserwować z punktu widzenia Heather i Dodge`a, ale umożliwiają oni także przyglądanie się innym osobom zamieszanym w tę sprawę. Poznajemy masę niezwykłych literackich charakterów, tak wspaniale wykreowanych, że pokusiłabym się o stwierdzenie - ludzkich. Bishop mógłby być zwykłym chłopakiem z sąsiedztwa, Anne zwykłą starszą panią prowadzącą swoje gospodarstwo na końcu wsi, a Lily i Dayna zwykłymi młodszymi siostrami, o które trzeba się troszczyć.

Czasami zastanawiam się nad twórczością Lauren Oliver i dochodzę do wniosku, że ta kobieta chyba nie może napisać złej książki. Wiadomo, Panika nie dorównuje trylogii Delirium, ale zdecydowanie przebija 7 razy dziś, które przecież było rewelacyjne. Uwielbiam jej styl, to jak bieg wydarzeń czasami trochę się ociąga, akcja zatrzymuje na moment, a klimat staje się melancholijny. Jednostajny i miarowy, chociaż niekiedy, zwłaszcza kiedy nadchodzi Pojedynek napięcie podnosi się gwałtownie.


Polecam, jeśli chcecie poczuć zapach lata,
 zadrżeć ze strachu o życie, gdy dookoła widać tylko ciemność,
dostać dowód na to, że warto wysłuchać kogoś do końca
 i zobaczyć znowu fajerwerki na niebie.
 I jeśli lubicie tygrysy.