niedziela, 22 marca 2015

Strange

Na początku ostrzegam w kwestii oglądania tego filmu, jak i czytania tego tekstu - za wszystko bierzesz własną odpowiedzialność. 
Nie moja wina, jeśli w ciągu dwóch godzin otrzymasz istny rollercoaster wrażeń. 
Nie moja wina, jeśli uronisz kilka czy kilkanaście łez, bo to ty będziesz siedział w ciemności oglądając migające napisy końcowe bez jakiejkolwiek zdolności wykonania najdrobniejszego ruchu. 

Witaj w Sali Samobójców 


Nie odbieram tego filmu jako pokazania jak wielkie może być uzależnienie od Internetu. Dla mnie to przykład człowieka niepotrafiącego poradzić sobie psychicznie, rozwalonego wewnętrznie na kawałki, nieradzącego sobie w prawdziwej rzeczywistości, zamkniętego w swoim pokoju. Człowieka zniszczonego przez brak kontaktu z ludźmi, zaniedbanego przez rodziców, nierozumianego. W efekcie wyśmianego przez inność. Dopiero wtedy pojawił się wirtualny świat, pojawiła się Sylwia, wciągając go do swojego świata. 


Od zawsze byłam przekonana, że za pomocą obrazu nie da się przekazać ani połowy z tego, co dzieje się w środku człowieka. Bo od tego są książki, bo tylko w nich za pomocą słów uda się nakreślić jako tako uczucia głównej postaci. 
Błąd.
Sala samobójców pobiła wszystko, co do tej pory widziałam, czytałam, czy myślałam. Jakub Gierszał pokazał coś niesamowitego, bo zaprezentował na ekranie całą gamę uczuć. Od obezwładniającej samotności aż po tęsknotę. Ból, cierpienie, brak kontroli nad samym sobą, psychiczne popapranie i zmieszany obraz pomiędzy - przysłowiowo - jawą a snem. Albo te momenty, kiedy Dominik wpadał w furię, kiedy błagał, opadła mi szczęka. Dla mnie to nie było błaganie tylko o podłączenie kabla do sieci, to był krzyk o pomoc, o jak najszybszy ratunek.


Nie potrafię wytłumaczyć jak się czułam oglądając tę produkcję. Już możliwość stracenia choćby jednej sekundy wprowadzała w irytację, każde słowo dosłownie chłonęłam, coraz bardziej chcąc wiedzieć co będzie dalej, licząc na szczęśliwy koniec i jednocześnie wiedząc, że to nie jest film w rodzaju tych oszukujących widza, tworzących niewidzialną bańkę mydlaną. Ten moment, kiedy widzimy Sylwię po raz pierwszy i słyszymy jej słowa, daje dowód, że Sala Samobójców to kwintesencja tego, co kryje się w środku człowieka wrażliwego, pełnego wątpliwości, nieumiejącego wziąć porządnie życia za rogi. Pokazano też ludzi niepotrafiących słuchać, zachowujących się jakby nagle odebrano im ten zmysł.                        

Nigdy nie rozumiałam takich osób, jak bohaterowie Sali Samobójców, zawsze określałam ich mianem "słabych psychicznie", jednak teraz wydaje mi się, jakby uchylili rąbka tego, co się z nimi dzieje, wydaje mi się, jakbym była w stanie pojąć skąd bierze się to, że sobie nie radzą. Mimo to miałam ochotę nakrzyczeć na nich, potrząsnąć nimi, uderzyć, cokolwiek, a nie tylko biernie patrzeć...


Na zawsze już chyba zapamiętam co poniektóre sceny, zwłaszcza te pełne krzyku do całego świata, wszystkie surrealistyczne obrazy, trzęsący się kadr, napady zwierzęcej furii, i te oczy wiecznie wpatrujące się w drugie przez komputer. Te oczy mówiły, że żyletki mają języki. Usta Dominika krzyczały, że z nim się jest, że jego się pilnuje. Rozumiecie? A potem usłyszał, że ma ich wszystkich przestraszyć...


I to zakończenie, przepraszam za wyrażenie, ale dosłownie, to było coś pomiędzy "o kurwa" a "o ja pierdolę". 
I była cisza. 
I to charakteryzuje krótko naprawdę dobry film.