wtorek, 14 lipca 2015

"Największe rewolucje odbywają się w ciszy i w cieniu."

Nie znosiła klatek. Klaustrofobia. Przerażała ją ciasna przestrzeń, kiedy miała wrażenie, że ściany zbliżają się, by zmiażdżyć jej ciało. Bała się tego bardziej, niż całej armii strzyg.

Strzygi?
Przez lata treningu w Akademii św. Władymira szkolono ją do walki z nimi. Uczono zadawania precyzyjnych ciosów, strategii, kamuflażu, posługiwania się srebrnym sztyletem, napełnionym mocą wszystkich czterech żywiołów i powtarzano, że musi biegać, biegać, biegać... Bo jeśli nie uda jej się zabić, plan nie wypali, pozostaje tylko ucieczka.
Strzygi to bestie, nienaturalnie blade, z czerwonymi obwódkami wokół oczu. Okrutne, pozbawione uczuć żyją tylko po to, by zabić. Najbardziej smakuje im krew morojów, których chronią przydzieleni im strażnicy - dampiry.
Rose Hathaway, główna bohaterka Akademii Wampirów, jest jedną z nich, chce zostać opiekunką swojej najlepszej przyjaciółki Lissy, z którą łączy ją nadnaturalna telepatyczna więź. Ale czy to wystarczy, kiedy życie ostatniej Dragomirówny jest w ciągłym niebezpieczeństwie?

Jednak to dopiero początek. Pierwszy tom to zaledwie przedsmak tego, co czeka czytelników w kolejnych pięciu tomach serii.  


Poczułam jej strach, zanim usłyszałam, że krzyczy.

Zdziwiła mnie Rose. To, jak bardzo była zdeterminowaną, pewną siebie i silną kobietą, nie bojącą się, że manicure ulegnie zniszczeniu. Muszę przyznać, że zaimponowała mi jej odwaga i temperament. Uwielbiam tak barwne, pełne życia postaci, które wiedzą czego chcą i zrobią wszystko, żeby to osiągnąć. Lissa w pierwszych tomach nieco mnie drażniła, wydawała się taka wydelikacona, irytowała jej nieskończona dobroć, miłość i chęć zrozumienia. Aż nagle - nie pamiętam już kiedy dokładnie - uświadomiłam sobie, że ją lubię, doceniam i podziwiam innego rodzaju siłę, niż u Rose.

Richelle Mead poszła niestety za typowym schematem w młodzieżówkach, a więc trójkątem miłosnym. Jednak tutaj... on wydawał się realny, a bohaterki nie miałam ochoty zamordować za brak rozeznania w uczuciach. Bo ona właściwie już na początku wybrała, tylko los zaplanował inny bieg wydarzeń. Zarówno Dymitr, jak i Adrian to wspaniale wykreowani bohaterowie. Obawiałam się, że autorka zrobi z nich niemalże bóstwa, uosobienia ideałów, którzy z klapkami na oczach będą zabiegali o Rose, ale na szczęście sytuacja jest zupełnie odwrotna do tej, którą przedstawiłam. Obydwaj panowie są po prostu ludzcy (nieważne, że jeden to dampir, a drugi to moroj), ich uczucia były tak realnie przedstawione, że nie sposób to opisać. Bolała depresja, bolało znieczulanie się papierosami i alkoholem.

Przywiązałam się do każdej z postaci, nawet tych nieznaczących, pełniących role drugoplanowe. Bardzo rzadko mi się to zdarza, chyba ostatni raz kiedy pochłaniałam masowo kolejne części Zwiadowców, albo zachwycałam się odkrywaniem zakamarków Hogwartu. Nie potrafiłam się oderwać, nie zważając na ilość stron kończyłam i zaczynałam kolejne części, a kiedy doczytałam ostatnią stronę było mi... smutno, ale jednocześnie byłam niesamowicie zadowolona, bo od dawna nie doświadczyłam dzięki lekturze tak ogromnej dawki wrażeń, istny rollercoaster. Akacja cały czas pędzi, nie sposób przestać myśleć o dramatycznych wydarzeniach, już nawet czytelnik jest zmęczony nocnymi wartami i walką, sam chciałby, żeby papierowe postaci wreszcie odnalazły rozwiązania zagadek i otrzymały szczęśliwe zakończenie.

Wiem, że piszę dość ogólnikowo, chciałabym się poskarżyć, pogadać o nieoczekiwanych fabularnych zwrotach, ale... wiem, że nie mogę psuć Wam przyjemności, jeśli postanowicie sięgnąć po Akademię. Pewnie myślicie, że macie serdecznie dosyć wampirów i już nic nie może Was zaskoczyć? Jestem doskonałym przykładem na to, że wystarczy pozbyć się uprzedzeń i dać szansę pani Mead, aby mogła oprowadzić z początku przerażonego czytelnika po świecie, gdzie:

Przyjaźń to ogromne poświęcenie, podporządkowanie i całkowite oddanie się.
Miłość jest silniejsza niż strach i wszelkie granice zdrowego rozsądku, ale czy wolno kochać, będąc na służbie? Przecież to ONI są najważniejsi...

 Roza... Zapomniałaś moją pierwszą lekcję: nigdy się nie wahaj.