niedziela, 20 listopada 2016

papierowi ludzie w papierowym mieście

Green to ten Autor, przy którego Gwiazd naszych wina przepłakałam całą noc.
To ten Autor, przy którego Szukając Alaski poruszają się zakamarki duszy, dawno przykryte kurzem. 
Ten Autor, przy którego Papierowe miasta zrozumiałam, że zakończenia mogą być jednocześnie szczęśliwe i nieszczęśliwe.
Autor, który stał się ulubionym, ponieważ pozwalał zrozumieć siebie na przykładzie wyrysowanych postaci, zastanowić się nad Wielkim Być Może i pośmiać się przez łzy.

Nie byłam do końca zadowolona z ekranizacji Gwiazd naszych wina. Dookoła padało tyle entuzjastycznych opinii dotyczących tego tytułu, a ja jedynie mogłam uśmiechnąć się w odpowiedzi i kiwnąć głową, że było OK. Może miałam zbyt wygórowane wymagania, bo była to moja ulubiona książka? Bardzo możliwe, ponieważ Papierowe miasta były zdecydowanie mniej ulubione, a z filmu jestem zdecydowaniem bardziej zadowolona.


Bo jest naprawdę ładny. W takiej wolno opowiadającej wszystkie zdarzenia formie, bez nagłych zwrotów akcji, lekko płynący między kolejnymi scenami. I chyba ciekawiej poprowadzony niż powieść. Mimo, że dużo się nie dzieje to i tak nie można się oderwać od ekranu. Po twarzach aktorów przepływają emocje, a Q, głównemu bohaterowi, najczęściej towarzyszy tęsknota, smutek, rozmarzenie, jakby nie do końca zdawał sobie sprawę, że jest realną osobą i powinien zacząć naprawdę żyć. 

To Margo daje Quentinowi kropelkę życia i radości. Gdyby nie ona, w jego życiu tyle rzeczy nie miałoby prawa się wydarzyć. Jak pierwsze wagary i daleka podróż. Nawet wielka gonitwa za czymś nieznanym, być może złudzeniem, okazuje się ważna. Okazuje się, że nie wolno tego żałować. Że dobrze jest tak, jak się stało i nie zawsze musi układać się po naszej myśli i czasami lepiej odpuścić.


Wiem, że mało w tym tekście słów, ale czy to źle? Czy musi ich być dużo, żeby było dobrze? Film pod tym względem wcale nie jest lepszy. Postaci nie mówią wiele, są tylko emocje i zdarzenia, patrzące z nieba gwiazdy i zachodzące słońce. Polecam, ale wrażliwym, empatycznym osobom. Takim, które patrzą w odcieniach szarości i szukają między pauzami.

3 komentarze:

  1. O, wróciłaś!
    Nie oglądałam jeszcze ekranizacji "Papierowych miast". Zresztą sama książka nie spodobała mi się tak bardzo jak GNW głównie przez zakończenie, które do mnie całkowicie nie trafiło.
    Pozdrawiam
    Tutti

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie się też film bardzo podobał. ^^ Aktorzy jakoś przypasowali mi do swoich ról, humor był przedni (w kinie wszyscy się śmiali, a to o czymś świadczy), nie przynudzało, więc... jestem na tak. ;D Książkę czytałam już dość dawno temu, ale pamiętam, że strasznie się na niej wynudziłam i jedynie rozbrajająca końcówka mnie kupiła! Co do "GNW" - nie jest to ani moja ulubiona książka (nie umywa się, jak dla mnie, do "Szukając Alaski" albo "19xK" - choć pamiętam, że ta ostatnia pozycja Tobie do gustu nie przypadła XD) ani film.
    No, to chyba tyle. ;)
    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  3. Też spodobała mi się ekranizacja, udało jej się naprawdę dobrze oddać klimat tej historii. :)

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku!
Skoro tu dotarłeś, to znaczy (mam nadzieję), że przeczytałeś post powyżej i wiesz co komentujesz. Będzie mi bardzo miło jeśli co do treści komentarza trochę się wysilisz, bo na każdy z nich odpowiadam. Wszelkiego rodzaju dyskusje są bardzo mile widziane. :)
Twojego bloga także odwiedzę i jeśli przypadnie mi do gustu – pozostawię po sobie ślad.
Jeśli masz do mnie jakieś pytanie, to śmiało pytaj.
Kontakt: kinga.godowska@vp.pl
Dziękuję za wszystkie komentarze!